prorokini anna

Gdy Rodzice przynieśli Dzieciątko Jezus do świątyni, była tam prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta - Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim (Łk 2, 36-40).

* * *
Nie rozstawała się ze świątynią. W tych słowach znajdujemy obraz Anny – kobiety pobożnej, która nie przez zewnętrzne nakazy, ale z potrzeby serca była oddana Bogu i z nim związana. Świątynia jest bowiem symbolem serca. Nie rozstawać się ze świątynią to znaczy być blisko swego serca. Sercem patrzeć na świat, na Boga, na siebie i drugiego człowieka. Przez co ja patrzę na świat, na innych, na siebie? Jakie spojrzenie we mnie dominuje?

Którzy oczekiwali wyzwolenia Izraela. Nie każdy, który spotkał Annę spotkał Boga. Nie ma tu żadnej winy po stronie prorokini. Okazuje się, że o Bogu możemy usłyszeć dopiero wtedy, gdy Go oczekujemy. Gdy oczekujemy, by nas wyzwolił z naszych grzechów, nałogów, naszych uwikłań. Okazuje się, że możemy sobie bardzo dobrze zorganizować życie i wcale nie musimy pozbywać się swoich grzechów czy nałogów. Latami możemy z nimi współegzystować. Ale nie o takie życie chodzi Bogu. Bóg rodzi się na ziemi, by znaleźć miejsce w Twoim i moim sercu. Nie ostatnie miejsce, ale pierwsze i najważniejsze. Latami możemy udawać, że wszystko jest w porządku: chodzić do kościoła, modlić się, śpiewać itd. a jednocześnie wrogo odnosić się do drugiego człowieka, bo nie spełnił jakichś naszych oczekiwań, latami nosić urazę...

Popatrzmy czy przypadkiem nie odnajdujemy się w opowiadaniu Sławomira Mrożka „Koegzystencja”:

Żył sobie gorliwy proboszcz, który cały swój czas poświęcał parafii: pracował od świtu do nocy. I oto pewnego razu wróciwszy do domu, zastał przy stole diabła w czerwonej, dżokejskiej czapeczce. Zmęczony staruszek zapytał krótko i niegościnnie:
- Czego?!
- Właściwie to niczego, po prostu jestem. Ale nie obawiaj się. Posiedzę sobie, to wszystko – odpowiedział diabeł.
Ksiądz zdając sobie sprawę z natury diabelskiej, obiecał sobie, że rozprawi się z szatanem zaraz potem, gdy tylko zdejmie buty... gdy zaparzy herbatę... gdy odmówi brewiarz... gdy poczyta książkę... gdy się zdrzemnie.... gdy nieco odpocznie...
I tak spokojny, grzeczny diabeł uśpił czujność duszpasterza, który w końcu - jako praktyk – wykonkludował: Niech sobie siedzi, mnie on nie przeszkadza, tu go mam na oku i dopóki tu jest, nie może szkodzić innym.
I tak pleban spędził pierwszą noc razem z diabłem. Dziwił się tylko potem rano, że mimo obecności diabła, spał jak zazwyczaj głęboko i bez złych snów.
Kiedy opuszczał plebanię, aby udać się do swych codziennych obowiązków parafialnych, diabeł odprowadził go do drzwi spojrzeniem. Tym samym spojrzeniem przywitał go na wieczór. Był jak wierny, dobrze wychowany pies, a nie kosztował nic. Ksiądz przypomniał sobie wczorajsze postanowienie przepędzenia nieproszonego gościa, ale znowu wzięły górę praktyczne argumenty: On mi nic nie robi, ja mu nic nie robię; u mnie jest nieszkodliwy, a jak spróbuje coś robić, to mam egzorcyzmy.
Ale diabeł nie próbował nic robić. I ksiądz nie pytał o nic. Po prostu nie odzywali się do siebie. Ksiądz wracał zmęczony i szedł spać, a diabeł czuwał. I tak się między nimi jakoś ułożyło.
Spokój zakłócił biskup, który przybył na wizytację. Kościół i parafię znalazł w doskonałym stanie: duszpasterstwo wzorowe.
Na koniec chciał jeszcze zobaczyć plebanię. Proboszcz przeraził się, ale odmówić nie mógł, przekonany, że teraz wybuchnie skandal i kompromitacja na całego, otworzył drzwi do swego mieszkania.
A tu - ku zaskoczeniu duchownego - pokój pusty, diabeł zniknął. Biskup rozejrzał się i już miał pochwalić skromne mieszkanie, gdy dostrzegł czerwoną czapeczkę, którą diabeł zostawił na stole. Z niemym zapytaniem przeniósł wzrok na proboszcza, bo wydało mu się to dziwne, aby tak dostojna osoba używała takiego nakrycia głowy.
- To... to mój siostrzeniec... odwiedza mnie czasami - skłamał proboszcz.
Biskup pokiwał głową ze zrozumieniem i wyraził zadowolenie z ogólnego stanu parafii. Kiedy proboszcz został sam w mieszkaniu, diabeł wyszedł z szafy, w której się ukrył. Zbliżył się do proboszcza i z ohydnym uśmiechem triumfu, wykrzywiając paszczę i rozkładając ręce do objęcia zawołał radośnie:
- Wuju!

+AMGD by Dariusz Michalski SJ. 2020
Wykonanie: Solmedia.pl

UWAGA! Serwis używa cookies.

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem