Są zasady, o których warto pamiętać i wcielać w życie. Oto kilka z nich, które wydały mi się ważne i dały mi do myślenia. To jak kierunkowskazy na drodze do Boga, do człowieka, do serca...
* * *
Prowadź dobre, szlachetne życie. Kiedy się zestarzejesz i będziesz je wspominał, przeżyjesz je z radością jeszcze raz.

* * *

Niezaspokojenie, tęsknota, brak - to wszystko może wskazywać na moje wielkie pragnienie Boga. Czy to, co trudne, bolesne - ma pozostać tylko takim, czy może stać się początkiem mojej wędrówki do Boga? Odkrywaniem Boga we wszystkich rzeczach jak mawiał św. Ignacy Loyola. Przytaczam fragment z książki Anselma Gruna OSB, Doświadczyć Boga całym sobą. Teraz kiedy piszę te słowa to uświadamiam sobie jak ważny jest ten tytuł. Całym sobą to znaczy i w tym co dobre i w tym co złe. Jeśli nie umiem doświadczać Boga w tym co trudne, bolesne, raniące to jak mam Go doświadczać w tym co dobre, miłe i przyjemne?

* * *

Gdy przyjrzę się moim zaspokojonym i niezaspokojonym potrzebom w świetle tęsknoty, wtedy wszystko może stać się doświadczeniem Boga. Wtedy człowiek, który mnie kocha, wskazuje mi na miłość Boga. W jego ludzkiej miłości mogę odczuć coś z boskiej nieskończonej miłości. Ale nie będę już przy tym obciążał owego człowieka żądaniem, by mnie nieskończenie kochał. Zatem nie tylko jego miłość, lecz także moje rozczarowanie, że on mnie nie rozumie, że nie czuję jego miłości - może stać się dla mnie miejscem doświadczenia Boga. Bo to właśnie rozczarowanie z powodu ludzi wskazuje mi na Boga. Zamiast użalać się, że drugi człowiek jest tak twardy, mogę jego twardością pogłębić moją tęsknotę za miłością Boga. Wtedy tylko mogę rzeczywiście żyć razem z ludźmi, jeśli w Bogu, a nie w ludziach widzę moją najgłębszą podstawę. Również w pracy zawodowej tylko wtedy reagować potrafię właściwie na sukcesy i niepowodzenia, jeżeli znajdę w Bogu moje najpewniejsze oparcie. Nigdy nie będzie mi dane żyć tylko samym sukcesem. Muszę też radzić sobie w innej rzeczywistości. Jeżeli spojrzę na mój każdy dzień w świetle tęsknoty, to wtedy wszystko stanie się dla mnie miejscem odbicia się ku Bogu. Nie przeskoczę, nie oderwę się od rzeczywistości kolejnych moich dni, ale traktować je będę jako miejsce, które stale wskazuje mi na Boga.

 

Całe życie uczymy się kochać. Z pomocą w tym przychodzi nam Bóg, przychodzi bardzo realnie, namacalnie: rodzi się jako niemowlę. Przekracza granice, które do tej pory pozostawały niewyobrażalne do przekroczenia. Zbliża się tak blisko do nas, że chyba tylko pozostaje nam zamilknąć i kontemplować to nadzwyczajne Jego działanie. Jak przeżyć czas Bożego Narodzenia, aby nie były to tylko kolejne święta, które szybko przyjdą i szybko miną? A może ten czas jest zaproszeniem do modlitwy, do szczerej rozmowy z Bogiem? Takiej rozmowy, na którą Bóg czeka już od dawna. Mam nadzieję, że pomogą w tym myśli, które zaczerpnąłem z książki Anselma Gruna "Ustalać granice, szanować granice".

* * *

Henri Nouwen w książce Dziennik z klasztoru trapistów przytacza swoje rozmowy z opatem klasztoru. Nouven szuka w tych rozmowach sposobu na lepsze zachowanie dystansu, kiedy już wróci do domu i do swojej codziennej pracy. Opat radzi mu, aby wyznaczył sobie określony czas, który będzie należał tylko do niego i do Boga. Ten wyraźnie określony czas wniesie więcej klarowności w jego relacje z przyjaciółmi. Jeśli zdecyduje się przeznaczać na medytację określone chwile, jego przyjaciele będą go w tym wspierać: „Odkryję wkrótce, że wszyscy, do których przemówił ten styl życia, będą chcieli mieć w nim swój udział. Mówiąc inaczej: wyraźny, widoczny i jasno określony styl życia stworzy mi możliwość nawiązywania lepszych kontaktów z ludźmi i pomoże stworzyć kryterium, według którego będę mógł oceniać, z kim chcę mieć bliższy kontakt, a z kim dalszy”. Jeśli ktoś wie, że nie jestem osiągalny, ponieważ medytuję, będzie respektować moje granice. Zadzwoni do mnie ze spokojnym sumieniem wtedy, kiedy będę miał czas. Granice wprowadzają we wzajemne relacje klarowność, a przez to wolność.

Kiedy Henri Nouven mówi o relacjach między swoimi przyjaciółmi, odnosi się to również do współżycia w rodzinach. Czasami słyszymy o ludziach, którzy odczuwają strach przed Świętami Bożego Narodzenia i związanymi z nimi wyzwaniami emocjonalnymi. Wielu ucieka w obce strony, aby nie brać udziału w świątecznych spotkaniach w rodzinnym kręgu. Powodem oporu przed spędzaniem świąt w gronie rodzinnym jest dążenie do tego, aby być przez cały czas razem. W tych grudniowych dniach wszyscy jesteśmy pod presją wzajemnych oczekiwań. Uważa się, że należy wszystko robić wspólnie: wspólnie jeść, grać, razem iść na mszę świętą. Jeśli bezustannie przebywa się w grupie, nie powinno dziwić, że zaczyna rodzić się agresja. Również w rodzinie potrzebuję wolnej przestrzeni, aby cieszyć się wspólnotą. Spędzanie wielu dni razem nie wychodzi na dobre. Pewna studentka opowiadała, że jej matka była zdenerwowana, kiedy córka chciała iść w czasie świąt na samotny spacer. Odbierała to jako zerwanie wspólnoty rodzinnej. Jak została w rodzinie, obecni nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia. Dążenie czy zobowiązanie, żeby wszyscy byli razem, jest śmiertelne dla prawdziwej wspólnoty.

Celibat. Cóż to takiego? To słowo brzmi staroświecko, niemodnie. Ale czy bycie dobrym człowiekiem nie nabiera takiego samego wydźwięku w dzisiejszym świecie? Polecam krótką refleksję nad celibatem autorstwa Basila Peningtona OCSO - współbrata Tomasza Mertona OCSO. Dziękuję za nadesłany tekst, który pochodzi z książki p.t. "Rekolekcje z Tomaszem Mertonem".
* * *

Gdy czytamy Ewangelię często jesteśmy poruszeni. Chcemy pójść za jej słowami, wypełniać w swoim życiu to, do czego zaprasza nas Jezus, co nam proponuje. Równie często gubimy się jednak w plątaninie codziennych wyborów, decyzji, poszukiwaniach tego, co praktycznie trzeba postawić w swoim życiu na pierwszym miejscu i być temu wiernym. Wydaje mi się, że wskazówki o. Thomasa Keatinga OCSO - amerykańskiego trapisty, człowieka modlitwy i wielkiej zażyłości z Bogiem mogą pozwolić nam lepiej odczytać i przyjąć słowa Jezusa...

* * *

Brak świadomości swoich praw sprawia, że niektórzy ludzie, przekraczając drzwi urzędu, a nawet kawiarni lub sklepu, czują się jak na obcym terytorium. Dzieje się tak dlatego, że w takich miejscach jak urzędy, sklepy, punkty usługowe, restauracje, kina, teatry, kawiarnie, a więc w miejscach wymiany usług społecznych, dla wielu osób nie jest jasne, czyją własnością - w sensie psychologicznym - jest owo miejsce. Są to bowiem miejsca, w których stykają się dwie grupy ludzi - ci, którzy przychodzą, i ci, którzy tam są przez cały czas swojej pracy. Czasami interesy obu grup są sprzeczne. Każda z nich może więc dążyć do podporządkowania sobie całego terytorium, zmuszając członków drugiej grupy do obrony swoich praw.

+AMGD by Dariusz Michalski SJ. 2022
Wykonanie: Solmedia.pl

UWAGA! Serwis używa cookies.

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem