Pewnego poranka mongolski wódz Dżyngis-chan wyruszył ze swą świtą na łowy. Rycerze wieźli strzały i łuki, a Dżyngis-chan trzymał na ramieniu swego ulubionego sokoła, który był lepszy i zwinniejszy od najszybszej strzały, ponieważ potrafił wzbić się ku niebu i zobaczyć to, czego nigdy nie ujrzy człowiek.

Jednak mimo starań niczego nie upolowano. Zniechęcony Dżyngis-chan zawrócił w stronę obozowiska. Nie chcąc wyładować złości na swych towarzyszach, odłączył się od grupy i jechał samotnie. Myśliwi spędzili w lesie więcej czasu, niż zamierzali, dlatego chan umierał ze zmęczenia i pragnienia. Upalne lato sprawiło, że powysychały strumyki i nigdzie nie można było znaleźć wody, aż tu nagle cud! Zobaczył przed sobą spływającą po kamieniach strużkę wody.

 

Zwracając się do młodych oficerów generał Dwight Eisenhower objaśniał, na czym polega sztuka przewodzenia, posługując się zwykłym sznurkiem. Każdemu wręczał kawałek, po czym mówił: „Pociągnijcie go, a pójdzie za wami, dokąd tylko chcecie. A teraz go popchnijcie - nigdzie nie zdołacie go skierować".
Potem, patrząc im prosto w oczy dodawał: „I tak samo jest z przewodzeniem ludziom".

Sztuka przywództwa, Anonim

Jezus powiedział do swoich uczniów: Słyszeliście, że powiedziano: "Oko za oko i ząb za ząb!" A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie (Mt 5,38-42).



* * *

 

MARYJA W KANIE GALILEJSKIEJ

(fragm. książki Wilfrida Stinissena OCD, Powiedz im o Maryi. Polecam jako czytanki majowe)

„Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej” (J 2,1). Ważne są słowa: „trzeciego dnia”. Przypominają nam one to, co wypowiadamy w wyznaniu naszej wiary: „I zmartwychwstał trzeciego dnia, jak oznajmia Pismo”. Dla Jana Ewangelisty wesele w Kanie wiąże się jakoś z misterium wielkanocnym. Na krzyżu Jezus oddaje życie za swój Kościół, zawierając nierozerwalne zaślubiny ze swą oblubienicą, zaślubiny, które ostatecznie zostają przypieczętowane w dzień Wielkiej Nocy. Tutaj, w Kanie Galilejskiej, owe wieczne zaślubiny w tajemniczy sposób już się urzeczywistniają. Później Jezus powie, że Królestwo niebieskie podobne jest do uczty weselnej (Mt 22,2). Ta uczta weselna jest celem, do którego tęsknimy. Jednak znów jest tak, że cel jest dany już tutaj, od samego początku. Nie można dążyć do celu, jeśli się nie miało jakiejś jego wizji. W opowiadaniu o weselu w Kanie otrzymujemy taką wizję, dany jest nam przebłysk tego, co nas kiedyś czeka.

To chyba jeden z tematów w naszych relacjach z Bogiem, który wywołuje w nas najwięcej zakłopotania. Każdy z nas nosi pewien obraz tego, co i w jaki sposób Bóg nam oznajmia. Możemy na przykład być przekonani, że skoro Bóg jest taki niedostępny, to pewnie jako ktoś wszechwiedzący wie bardzo dobrze, co jest dla nas w życiu najlepsze. Wie, że powinniśmy założyć rodzinę, wyjść za mąż lub się ożenić z tą lub inną osobą. Wie, że powinniśmy w danej sytuacji zachować się tak, a nie inaczej. Wie, że powinniśmy pracować w tej a nie innej firmie. Itd. itd. Lista powinności, które powinniśmy spełnić jest długa. Tyle, że Bóg to wszystko wie i wcale nie spieszy się z tym, by swoją wiedzą podzielić się z nami. Cóż za potworny bóg! Nie, nie pomyliłem się! Specjalnie napisałem potworny, bo przecież z kimś takim kto wie, a nie powie trudno się żyje. A po drugie taki bóg nie jest Bogiem, przynajmniej dla mnie, bo gdzie tu miejsce na miłość. Weź człowieku i trudź się: odgaduj teraz o co bogu chodzi, jakie są jego plany i jak masz je zrealizować. Nie wierzę w takiego Boga, który bawi się z nami w kotka i myszkę, który wie, ale mi nie powie, który wie i być może w swej wielkiej łaskawości odkryje przede mną skrawek czegoś, co wcześniej dla mnie zaplanował.
Ja w takiego boga nie wierzę.

Miłość jest cierpliwa (1 Kor 13, 4)

Dlaczego jest taka ważna? Tak ważna, że św. Paweł stawia ją na pierwszym miejscu? Okazać cierpliwość komuś innemu, zareagować z cierpliwością na jakąś systuację, wydarzenie, czekarać cierpliwie to przecież ostatecznie znaczy: z cierpliwością odnieść się do samego siebie. Cierpliwość jest więc przejawem miłości, zgody i akceptacji na samego siebie, łagodnej akceptacji rzeczywistości wraz ze mną samym. Zgodzić się na coś trudnego, to przecież ostatecznie zgodzić się na siebie, ale nie z rezygnacją, lecz właśnie z nadzieją, że w tym, na co się zgadzam jest dobro, którego może w danej chwili nie dostrzegam, jeszcze nie rozumiem. Być cierpliwym to przede wszystkim zgodzić się na swoją małość w nierozumieniu wielu spraw. Zgodzić się, by Bóg powiedział mi o tym, co potrzeba we właściwym czasie. Bóg milczy nie po to, by się ze mną drażnić, by mnie denerwować, ale dla mojego dobra. Nie potrzeba mi wiedzieć wszystkiego. Bóg wie, czego potrzebuję, jakich informacji i w jakiej ilości. Dziś przyzwyczajamy się do tego, by o wszystkim i od razu wiedzieć. Ileż razy pęka nam głowa od natłoku informacji, których poszukujemy jak narkotyku. Potrzeba cierpliwości czyli miłości i zaufania do siebie i do Boga.

Jeśli więc ćwiczę się w cierpliwości wobec innych, wobec wydarzeń, sytuacji, tego co mnie spotyka, to ostatecznie ćwiczę się w cierpliwej miłości do samego siebie. To, co okażę innym ostatecznie okażę sobie samemu i powróci do mnie.

Jest wiele rzeczy, których nie akceptuję, na które nie zgadzam się wokół siebie i na które w konsekwencji brak mi cierpliwości. To nie tylko mój problem. To coś więcej. To wszystko jest symbolem tego, co mi się nie podoba we mnie samym, czego w sobie nie akceptuję, na co się w sobie nie zgadzam, na co mi we mnie samym braknie cierpliwości. Może dlatego reaguję na nie z taką zapalczywością, czy może wręcz agresją – bo przypominają mi o tym, co noszę w sobie, a co odrzucam. Mam więc dwie drogi w życiu. Albo mogę to wszystko dalej odrzucać, zaprzeczać temu, nie zgadzać się, albo mogę podejść do tego wszystkiego, co wokół mnie trudne z cierpliwą i łagodną akceptacją. Jeśli wybiorę drugą drogę, to znaczy, że wybiorę siebie, postawię na siebie, na swoje życie, na zgodę na siebie takim, jakim jestem. Wtedy wybiorę ćwiczenie się w miłości do siebie. Mój stosunek do innych jest tak naprawdę pokazuje mi jak bardzo kocham siebie, jak bardzo jestem do siebie cierpliwy, łagodny, wyrozumiały...

Panie, naucz mnie trudnej sztuki cierpliwości. Przecież sam o sobie mówisz: nieskory do gniewu i bardzo cierpliwy. Udziel mi choć cząstki Twej cierpliwej miłości i współczucia. Naucz mnie okazywać współczucie innym, a tym samym sobie. Daj mi poczuć, że jestem tego godzien, że mogę współczującą cierpliwość okazać także sobie, a nie tylko innym. Że nie muszę na nią zasługiwać.

Naucz mnie patrzeć z miłością na siebie i na innych, tak jak Ty patrzysz na mnie.

+AMGD by Dariusz Michalski SJ. 2022
Wykonanie: Solmedia.pl

UWAGA! Serwis używa cookies.

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem