Pycha a duchowe ubóstwo (1)

Interesującą rzeczą będzie zastanowienie się w tym momencie nad problematyką pychy (2). Wszyscy rodzimy się z głębokim zranieniem, które przeżywamy jako pewien brak w byciu. Usiłujemy zapełnić go poprzez kompensacje: to sprawia, że każdy człowiek będzie starał się zbudować sobie pewną „tożsamość kompensacji”, różniącą się w poszczególnych przypadkach w zależności od formy tego zranienia. W ten sposób wytwarzamy w sobie pewne ego rożne od mojego prawdziwego ja, podobne do nadmuchanego balonu. Owo sztuczne ja ma, typowe dla siebie, charakterystyczne cechy: ponieważ jest niewidzialne, potrzeba mu pewnej dozy energii, by mogło być utrzymywane przy życiu, a ponieważ jest też wrażliwe, wymaga stałej obrony. Pycha i zatwardziałość idą ze sobą w parze. Przednia strona tego balonu nigdy nie będzie elastyczna, raczej najeżona wieżami obronnymi dla ochrony tej nieprawdziwej tożsamości: biada temu, kto będzie usiłował ją podważyć, zagrozi jej, wejdzie z nią w spór, przeszkodzi w rozwoju tego naszego ja - stanie się on szybko przedmiotem gwałtownych, agresywnych reakcji. Kiedy Ewangelia mówi nam, że powinniśmy „obumrzeć sobie”, chce przez to powiedzieć, że musi umrzeć to ego, to sztucznie wytworzone ja, tak by mogło wypłynąć na wierzch ja prawdziwe, dane nam przez Boga.

Żyć chwilą obecną, czyli... kiedy siedzisz to siedź


Pewien Amerykański turysta widział kilka razy w Kalkucie jakiegoś straszliwie chudego, spalonego słońcem i zakurzonego człowieczka siedzącego przy drodze. Uwagę zwracał jednak wyraz jego twarzy: uśmiech taki, że trudno go zobaczyć na najlepszych reklamach. Tak się cieszą dzieci, mistycy i niektórzy szaleńcy. Ów turysta zagadnął tamtego o to, czemu jest taki szczęśliwy, bo on - mający wszystko - takim być nie umie. Człowieczek uśmiechnął się i powiedział: ”Sekret bycia szczęśliwym nie tkwi na zewnątrz mnie, ale we mnie. To takie proste: kiedy siedzę, to siedzę; kiedy wstaję, to wstaję; a kiedy idę, to idę...” Turysta pomyślał, że to jednak szaleniec. Ale rzucił jeszcze: ”A ja to cóż innego robię?” Człowieczek na to: ”Nie, ty kiedy siedzisz, to już wstajesz; kiedy wstajesz, to już idziesz; a kiedy idziesz, to już chcesz być tam, gdzie zdążasz...Nigdy nie jesteś tam, gdzie jesteś...A jak możesz być szczęśliwym, gdy cię nie ma w tobie samym? ”

* * *

To, co możesz uczynić jest tylko maleńką kroplą w ogromie oceanu, ale jest właśnie tym, co nadaje sens twojemu życiu. Albert Schweitzer

O ile posługiwanie się wolnością, pojmowane jako dokonywanie wyborów pomiędzy różnorodnymi możliwościami, ma z pewnością znaczenie, to podstawową rzeczą, bez której narażamy się na ryzyko popadnięcia w bolesne złudzenia, jest zrozumienie, że istnieje także inny sposób posługiwania się wolnością - być może mniej zachwycający na pierwszy rzut oka, uboższy, pokorniejszy, ale w końcowym rozrachunku o wiele bardziej powszechny i niosący w sobie duchową czysto ludzką, olbrzymią płodność - nie tylko wybieranie, ale także zgadzanie się na to, czego nie wybraliśmy.

Zależy mi na tym, by podkreślić, jak bardzo ta forma posługiwania się wolnością jest ważna. Najwyższy i najbardziej płodny akt ludzkiej wolności bardziej leży w przyjmowaniu aniżeli w dominowaniu. Człowiek ujawnia wielkość swej wolności, kiedy przeobraża rzeczywistość, lecz bardziej jeszcze kiedy przyjmuje ją, taką jaka jest mu ona dzień po dniu dana, z ufnością.
Przyjmowanie takich sytuacji, które, choć ich sami nie wybraliśmy, jawią się nam jako miłe i przyjemne, jest dla nas rzeczą naturalną i łatwą. Problem zaczyna się pojawiać dopiero w obliczu tych rzeczy, które nie podobają się nam, które są dla nas przymusem, które związane są z cierpieniem. Ale w tych właśnie dziedzinach jesteśmy wezwani do tego, by stać się prawdziwie wolnymi do „dokonywania wyboru" tego, na co nie mieliśmy ochoty. Istnieje takie paradoksalne prawo życia: można stać się naprawdę wolnym dopiero wtedy, gdy zaakceptujemy fakt, że wolnymi nie jesteśmy!

Tak więc przedstawia się punkt, który będziemy chcieli bardziej rozwinąć, a który ma olbrzymie znaczenie: ten, kto chce dostąpić prawdziwej wolności wewnętrznej, winien zaprawiać się w spokojnym przyjmowaniu w dobrej wierze wielu rzeczy, które wydają się sprzeczne z jego wolnością. Powinien akceptować swoje osobiste ograniczenia, swoje ułomności, swą niemoc w sytuacji, w jakiej stawia go życie. Jest to dla nas bardzo trudne do zrealizowania, gdyż w naturalny sposób czujemy odrazę wobec sytuacji, nad którymi nie panujemy. Prawda jednak brzmi w następujący sposób: Sytuacjami, które pozwalają nam naprawdę wzrastać, sq te, nad którymi nie mamy kontroli. Podam teraz więcej przykładów na poparcie tej tezy.

(...) Na początku niezbędna jest wstępna uwaga: najważniejszą rzeczą w naszym życiu jest nie tyle to, co możemy uczynić, lecz na ile pozostawimy miejsce działaniu Bożemu. Największą tajemnicą wszelkiej owocności i wszelkiego duchowego wzrastania jest nauczenie się umiejętności pozwolenia działania Bogu: Beze Mnie nic nie możecie uczynić, stwierdza Jezus. Miłość Boża bowiem jest o wiele potężniejsza od wszystkiego, co możemy uruchomić mocą naszej własnej mądrości i naszymi własnymi siłami. Natomiast jednym z najbardziej niezbędnych warunków umożliwiających łasce Bożej działanie w naszym życiu jest umiejętność powiedzenia tak temu, kim jesteśmy, i wszystkim sytuacjom, w jakich się znajdujemy.

Tekst pochodzi z książki:Wolność wewnętrzna. Moc wiary, nadziei i miłości, Jacques Philippe, Wydawnictwo M, 2003.


Samodzielność

Pewnego razu do mistrza życia duchowego zgłosił się młody adept.
•    Chcę nauczyć się życia. Jestem niezadowolony z siebie. Nie wiem jak powinienem żyć, co robić, co myśleć, jak postępować.
•    Dobrze, odparł mistrz. Przyjdź do mnie jutro rano.
Kiedy następnego dnia o poranku młodzieniec zjawił się u mistrza od razu zapytał:
•    Mistrzu, co dziś powinienem robić? Czym mam się zająć?
Jakież było jego zdziwienie, gdy w odpowiedzi usłyszał:
•    Rób co chcesz! Rób to na co masz ochotę!
Te słowa wywołały w młodzieńcu zamieszanie. Przecież wiedział, że nauka u mistrza polega na dokładnym przestrzeganiu tego, co wcześniej zostaje przez niego wyznaczone. Zazwyczaj były to jakieś ćwiczenia, modlitwy, obserwacje, refleksje. Tymczasem mistrz jakby w ogóle nie zwracał na niego uwagi, jakby w ogóle się nim nie interesował.
Następnego dnia z samego rana sytuacja powtórzyła się.
•    Mistrzu, czym dziś powinienem się zająć, co mam czynić?
Młodzieniec ponownie otrzymał tę samą pełną pokoju i życzliwości odpowiedź:
•    Rób co chcesz! Rób to na co masz ochotę!
I znów młodzieniec odszedł rozczarowany.
Trzeciego dnia wszystko powtórzyło się identycznie:
•    Mistrzu, czym dziś powinienem się zająć, co mam czynić w ciągu dzisiejszego dnia?
•    Rób co chcesz! Rób to na co masz ochotę!
Młodzieniec poddał się. Pełen rezygnacji odparł:
•    Mistrzu, myślałem, że czegoś się przy tobie nauczę, tymczasem ty w ogóle nie zwracasz na mnie uwagi i niczego mnie nie uczysz. Nie sądzę, że jesteś dobrym mistrzem. Postanowiłem odejść od Ciebie i poszukać innego mistrza.
•    Synu – powiedział dobitnie Mistrz – jestem z ciebie dumny!
•    Jak to? – odparł ze zdziwieniem młodzieniec.
•    Widzę, że zrozumiałeś wszystko, czego cię uczyłem przez te dni. Ilekroć przychodziłeś do mnie z rana, pytałeś mnie co powinieneś czynić. A dziś po raz pierwszy podjąłeś swoją własną, samodzielną decyzję nie pytając mnie wcale o to, czy powinieneś zostać czy też odejść. Naprawdę jestem z ciebie dumny!

* * *

Pewien chrześcijanin powiedział dawno temu: „Kochaj i rób co chcesz”. Możemy całe życie pytać się o to, co powinniśmy czynić i nigdy nie odważyć się żyć tak, jak tego chcemy. Jest w nas więcej mądrości niż przypuszczamy. Trzeba nam tylko odważyć się z niej korzystać, a to znaczy uwierzyć Bogu, że dał nam wszystko, czego potrzebujemy do dobrego życia.


Kolejny raz zaskakujesz mnie, Panie, swoją bezgraniczną miłością. Przyglądam się Tobie, Twojej dobroci. Uświadamiam ją sobie w odniesieniu właśnie do mnie, do mojego grzechu, mojej słabości, mojego błądzenia po omacku. Ilekroć bowiem chcę coś zrobić samemu, bez Ciebie, tylekroć upadam, oddalam się od Ciebie, nie osiągam celu swojego działania. Zamiast być lepiej jest gorzej. Zamiast być bliżej Ciebie, oddalam się. Ty jednak nie tak patrzysz na mnie. Nie ma w Tobie cienia potępienia, oskarżenia, złości czy gniewu. Jak trudno mi w to uwierzyć.

Dobrze wiesz, że nie można żyć bez marzeń i bez radości. Ale wiesz równie dobrze, że czasem pojawiają się marzenia i radości, które po pewnym czasie przestają nimi być. Okazują się być fałszywymi radościami i marzeniami. Może stawiasz już sobie pytanie: Jak odróżnić jedne od drugich? Też stawiam sobie to pytanie. Z pomocą przychodzi Ewangelia. Zastanowiło mnie to, co ktoś powiedział o przypowieści o bogaczu i biedaku Łazarzu, który leżał u wejścia do posesji bogacza, a psy przychodziły i lizały jego rany. Bogacz nie był zainteresowany biedakiem. Jego interesowało to, by codziennie dobrze się bawić. Otóż ktoś powiedział, że ta Ewangelia traktuje o spełnionych marzeniach. Pamiętamy: po śmierci bogacz trafia do piekła. A czymże w swej istocie jest to piekło? Jest spełnieniem ziemskich marzeń bogacza: chciał być daleko od innych, nie chciał widzieć w drugim człowieku swojego brata. Tak też się stało. Jego pragnienie zostało spełnione. Jest tak daleko od Łazarza, że jak mówi Ewangelia: między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać (Łk 16, 26).

+AMGD by Dariusz Michalski SJ. 2022
Wykonanie: Solmedia.pl

UWAGA! Serwis używa cookies.

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem