Początkowo Bóg był dla mnie kimś w rodzaju obserwatora, sędziego, który śledzi uważnie wszystkie moje potknięcia, by, gdy umrę, zadecydować, czy zasłużyłem na niebo, czy na piekło. Wszędzie Go było pełno – trochę jak prezydenta; potrafiłem go rozpoznać na obrazku, ale tak naprawdę w ogóle go nie znałem.


Później, kiedy dostrzegłem w sobie jakąś wyższą moc, życie wydało mi się jazdą na rowerze, tandemie, na którym miejsce z tyłu zajmował Bóg, pomagając mi pedałować.
Nie pamiętam dokładnie, kiedy Bóg zaproponował, żebyśmy zamienili się miejscami. Wiem tylko, że od tamtego czasu moje życie się zmieniło, nabrało nowego wymiaru, stało się bardziej ekscytujące.
Kiedy ja prowadziłem rower, ja wybierałem drogę. Znałem ją dobrze – była nudnawa, ale przynajmniej bez przykrych niespodzianek. Wiodła zawsze najkrótszą trasą między dwoma punktami!

Adam i Ewa w konsekwencji swojego grzechu w Ogrodzie Eden odeszli od Boga. Do tej pory czuli się bardzo blisko Boga. Doświadczyli całkowicie do tej pory nieznanego uczucia: strachu. A więc podstawą strachu jest przekonanie o oddaleniu, przekonanie nie tyle o ich oddaleniu się od Boga, co Boga od nich. Ogromna pokusa: odejść od Boga i uznać, że to On odszedł!
Zauważam, że ilekroć przeżywam strach to pojawia się on we mnie zawsze, gdy tracę wiarę, że Bóg jest ze mną, że Bóg jest przy mnie i że Bóg jest dla mnie, po mojej stronie. Korzeniem strachu jest poczucie utraty relacji osobowej, osamotnienie, poczucie izolacji, bycia tylko samemu. Ale nie dlatego, że tak jest faktycznie tylko dlatego, że tak samemu to interpretuję, tak samemu to postrzegam.

 

Czy Kościół znajduje się w kryzysie?

Tony Martyris

Kryzys, który wydaje się być coraz bardziej widoczny w Kościele może zostać przezwyciężony przez przyznanie świeckim roli powołanych do posługiwania światu.

Kościół Katolicki przechodzi trudne czasy. Statystyki to potwierdzają. Duży spadek liczby osób praktykujących, zmniejszająca się liczba księży, osób wierzących i nowych powołań, zamykające się parafie i kościoły zamieniane nawet na nocne kluby! Dzieję się to przede wszystkim w krajach rozwiniętych, ale podobne tendencje zaczynają być widoczne także w krajach szybko rozwijających się. Inaczej dzieje się w nielicznych państwach, jak np. w Chinach i biedniejszych obszarach świata.

 

Z czym zwykłem wchodzić w relację z drugim człowiekiem? Z jakiego poziomu poczucia własnej wartości rozpoczynam spotkanie, rozmowę, wymianę zdań? Pewnie dla wielu osób zaskoczeniem może być samo odkrycie faktu, że w relację z drugimi wchodzimy właśnie z pewnego określonego poziomu swojej wartości, który rzadko kiedy sobie uświadamiamy.
Jeśli wchodzę w relacje z innymi z zaniżonym poczuciem wartości wtedy będę łapczywie poszukiwał jej u innych. Inni będą służyli mi do tego, aby poprawić moją wartość. Nie będę mógł sobie nawet wyobrazić takiej sytuacji, abym mógł normalnie funkcjonować bez innych. Będę MUSIAŁ mieć innych wokół mnie, abym mógł przeżyć. Chwile samotności czyli przebywania sam na sam ze sobą będą wtedy dla mnie strasznym doświadczeniem, bo gdzieś w głębi siebie będę czuł, że jest ze mną coś nie tak, że czegoś mi brakuje.

Najtrudniej w drodze na szczyt jest postawić pierwszy krok. Bardzo często rezygnujemy z wejścia na szczyt bo wyobrażamy sobie ile wysiłku będzie nas to kosztować. Niepotrzebnie. Naturą złego ducha jest nieustanne zniechęcenie nas i uświadamianie nam ile to trudów i wysiłków trzeba będzie podjąć zanim się dojdzie do celu. I rzeczywiście, kiedy skupiamy się na wyobrażaniu sobie wszystkich niedogodności, które trzeba pokonać w drodze na szczyt czujemy się tym tak bardzo przestraszeni, że nawet nie stawiamy pierwszego kroku. Nawet nie próbujemy. Od razu, z miejsca wiemy, że się nie uda. Że to wszystko nie ma sensu. Swoją drogą zachęcam Cię byś zwrócił uwagę na to, jak często te słowa padają z twoich ust.

Kiedy poddajemy się takiemu myśleniu, to czujemy się zniechęceni i zdołowani. Powaleni i przegrani bez bitwy. Oto strategia złego ducha – pokonać nas zanim jeszcze cokolwiek zrobimy. Jego metoda polega po prostu na tym, żeby nie dopuścić do pierwszego kroku w stronę szczytu. Rozumiesz?

Jakie wnioski płyną z tego? Załóżmy, że borykasz się z problemem modlitwy. Wiesz, że najlepiej na modlitwę poświęcić np. kwadrans czasu rano lub wieczorem. Może nawet ktoś już cię do tego zachęcał, byś podjął osobistą, regularną modlitwę mówiąc, że najlepiej poświęcić na nią 15, 20 lub 30 min. dziennie. Ale ty kiedy wstajesz rano, czujesz się taki śpiący, że mówisz sobie – nie, ten kwadrans to dla mnie za dużo. Nie dam rady. Widzisz? Dajesz się pokonać od razu, bez walki, bez bitwy. Dajesz się przekonać złemu duchowi.

Czemu więc nie spróbować trochę inaczej: Nie zarzucaj swojej modlitwy mówiąc sobie, że kwadrans to za dużo. Módl się po prostu tyle ile możesz! Niektórzy mistrzowie życia duchowego, którzy są realistami po prostu zachęcają do tego, żeby się modlić tyle, ile możesz. Możesz się modlić pięć minut dziennie? Módl się pięć minut dziennie. Tyle na początek wystarczy. Nic więcej nie trzeba! Miej odwagę uczynić pierwszy krok i nie martw się o to, co będzie dalej. Słyszysz? Nie martw się! Jezus mawiał nieustannie do swoich apostołów: nie lękajcie się! To samo mówi dziś do ciebie: nie lękaj się! Wykonaj po prostu pierwszy krok i nie myśl o tym, co będzie dalej. Skup się jedynie na pierwszym kroku. To wystarczy.

+AMGD by Dariusz Michalski SJ. 2022
Wykonanie: Solmedia.pl

UWAGA! Serwis używa cookies.

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem