„A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: 'Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha'”.

Gdy przytrafiają nam się trudne lub bolesne doświadczenia: utrata pracy, choroba własna lub kogoś bliskiego, nieporozumienia w relacjach czy po prostu zwykłe przykrości ze strony innych, wtedy stawiamy sobie pytanie: „Panie, czemu do tego dopuszczasz?”. Dobrze jest stawiać sobie to pytanie i szukać na nie odpowiedzi, ale nie w pojedynkę zamykając się jedynie w kręgu własnych myśli, ale właśnie z Bogiem. Rozmawiając z Nim, może nawet kłócąc się z nim czy tak, jak kobieta z dzisiejszej Ewangelii napierając na Jezusa, a wręcz przymuszając Go, by sprawił cud, by uzdrowił jej córkę.

Czemu przytrafiają nam się przykre i bolesne doświadczenia? Czemu one służą? W liście do Rzymian w 8 rozdziale, 28 wersecie czytamy: „Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według Jego zamiaru”. Czyżby Bóg chciał, abyśmy cierpieli, mieli się źle, byli trapieni różnymi problemami tak, jak kobieta z dzisiejszej Ewangelii przygnieciona ciężarem duchowej choroby swej córki? Dzisiaj także wielu rodziców przeżywa dramat duchowych lub psychicznych chorób swoich dzieci, tych, którym ofiarowali to, co najlepsze pragnąc dla nich szczęścia i dobrego życia. Coraz częściej spotykamy wokół siebie młodych ludzi dotkniętych depresją, zniechęconych życiem, rozczarowanych sobą, mających trudności w odnalezieniu się w świecie, którego jedyną mantrą są słowa: „pieniądz”, „sukces”, „powodzenie”, „wygoda”, „przyjemność”.

Wydaje mi się, że wiele z naszych cierpień wynika nie tyle z Bożego dopustu, co po prostu ze stylu życia, który wybieramy. Z pogoni za pieniędzmi, rzeczami, co zawsze odbywa się kosztem naszych ludzkich relacji. Mamy coraz mniej czasu dla siebie, żeby po prostu tak zwyczajnie ze sobą porozmawiać, przystanąć, tak po prostu zainteresować się sobą, uśmiechnąć się do siebie, powiedzieć sobie parę ciepłych, serdecznych słów. Szkoda, że często rezerwujemy je tylko na czas Świąt Bożego Narodzenia. Zanim zaczniemy obwiniać Boga o nieszczęścia, które nam się przytrafiają zróbmy najpierw dogłębny rachunek sumienia z tego, czym się w życiu kierujemy, do czego dążymy, co jest dla nas ważne. Nasze nieczułości, odtrącanie siebie słowem, wzrokiem, gestem – to wszystko nie może pozostawać bez wpływu na nasze zdrowie fizyczne, psychiczne i duchowe. Najprzeróżniejsi chorzy i biedni są głosem samego Boga, głosem wołającym o miłość. Jeśli prosimy Boga o uzdrowienie, to słusznie czynimy, ale potrzeba nie tylko uzdrawiania skutków, ale przede wszystkim przyczyn. A jedną z nich jest z pewnością postawa naszego serca. To jak   traktujemy siebie nawzajem. Uzdrowienie serca to właśnie nawrócenie. Nawrócić się to znaczy  zwrócić się do Boga i w Nim szukać ratunku. To odkryć niewystarczalność naszych ludzkich działań wynikających jedynie z naszej mądrości. Gdyby sama ludzka mądrość wystarczała, wtedy Bóg nie byłby nam do niczego potrzebny. Gdybyśmy umieli sobie ze wszystkim poradzić do czego byłby nam potrzebny Bóg? On chce abyśmy przychodzili do Niego nie tylko wtedy, gdy nam coś dolega, ale byśmy Jego odkrywali jako źródło dobra i źródło życia. Byśmy nie kochali go za coś, ale dlatego że jest. Bo on właśnie w taki sposób nas kocha.

Na największą chorobę – brak miłości – dał nam najlepsze lekarstwo – swego Syna. Zatrzymaj się, porozmawiaj z Jezusem. Opowiedz Mu o swoich bolączkach, chorobach i wołaj jak kobieta z dzisiejszej Ewangeli: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”.

 

Cytat

Traktuj człowieka według jego wyglądu, a uczynisz go gorszym. Traktuj go na miarę tego, kim naprawdę może być, a rzeczywiście tak się stanie.
Goethe

Artykuł na email

emailChcesz otrzymywać powiadomienie o każdym nowym artykule? Wystarczy, że założysz konto!

Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?

Gościmy

Odwiedza nas 936 gości oraz 0 użytkowników.

UWAGA! Serwis używa cookies.

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem